Od kilku dni możemy obserwować popłoch, żeby nie powiedzieć przerażenie, szerzący się w partii rządzącej. Nagle okazało się, że Słońce Peru nie świeci już tak jasno, że jednak PO jest bardzo różnorodna i każdy ma trochę odmienne zdanie od głównej linii wytyczanej przez kierownictwo. Do tego dochodzą tarcia na linii Tusk-Schetyna, gdzieś tam w tle czai się Prezydent-Enigma, który może ni z tego, ni z owego przeprowadzić atak na Premiera z flanki.
Z Kancelarii płyną niepokojące komunikaty. Z jednej strony zwieranie szeregów, z drugiej miedialne doniesienia o samotności Premiera i dramatyczne relacje z posiedzenia zarządu PO. Dziś Premier zapowiedział, że będzie wymieniał ministrów. Dla mających krótką pamięć - systematyczna ocena poszczególnych szefów resortów miała odbywać się co pół roku. Odbyła się jedna, potem temat olano. A teraz na wiosnę - wielka selekcja. Po co? Nie mam pojęcia. Ale taka jest cecha główna chaotycznych ruchów - brak sensu.
Lud jest rozczarowany rządami PO. Pragnie zmiany. Oczy wszystkich zwracają się zatem ku największej partii opozycyjnej, która już dawno przestała robić to, co do niej należy. Mając jednak wciąż mocne 25% poparcia dla wielu z nas PiS wciąż jest wcieleniem zła.
Wydaje się bardzo prawdopodobne, że gdyby nie wizja przejęcia władzy przez ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego (co dla wielu jest gigantycznym zagrożeniem dla kraju, a konkretnie - dla swojej egzystencji w kraju owym), Platforma nie miałaby szans na powtórzenie wyniku z 2007 roku. Media biją w tarabany: W zeszłotygodniowym Wprost ukazał się artykuł, będący zlepkiem agresywnych wypowiedzi przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości. Jest to zrozumiałe - Tomasz Lis jest bardzo rozgoryczony rządami PO (słychać to w większości jego wypowiedzi), ale PiS cały czas go przeraża. Podobne tony w TOK.FM, w Loży Prasowej, w Faktach.
PiS jest straszny. PiSu trzeba się bać. Trzeba chronić Polskę przed PiS.
Problem w tym, że PiS nie jest straszny, wbrew temu, co chce się nam wmówić.
Po pierwsze: nawet jeśli PiS jakimś niesamowitym wysiłkiem wygrałoby wybory i byłoby w stanie rządzić samodzielnie - nie ma kim obsadzić resortów. Niestety, znając mentalność polityków nie jest to dla nich żadnym problemem, więc powsadzają na stołki bandę jełopów, nieudolnie realizujących chore wizje Prezesa. Jest to pewne zagrożenie. Jednak przejęcie przez PiS władzy jest zwyczajnie niemożliwe. Za mały elektorat, za duży elektorat negatywny, opór mediów, wreszcie brak programu.
Po drugie: Nawet jeśli PiS wygrałby wybory, to i tak nie będzie rządził, gdyż ma zerową zdolność koalicyjną. Nie ma już "przystawek", z którymi Prezes mógłby zawrzeć kuriozalną koalicję. Szansę na wejście do sejmu (choćby iluzoryczną) mają jedynie PJN i palikotowcy - z czego pierwsi nie będą mieli dość posłów, by koalicja miała szansę rządzić, a drudzy - wiadomo. Prędzej - i to chyba nas czeka jesienią - ujrzymy szeroką koalicję PO, PSL i SLD.
Czuję, że na jesienne wybory po raz pierwszy od długiego czasu pójdę z radością. Wreszcie nie będę musiał rozstrzygać czy mam głosować po to, by nie dopuścić innych do władzy, czy popierać tych, którzy szans na wejście nie mają (i tym samym wspierać tych, których u władzy nie chcę widzieć). Będę mógł z czystym sumieniem głosować na dowolną partię.
Czego także Wam, Szanowni Czytelnicy, polecam. Bo PiSu nie ma co się bać.