W zapowiadanej szeroko w mass mediach sobotniej premierze dreszczowca p.t. "Drugie Śniadanie Mistrzów" premier D. Tusk przyznał się, że był trochę zbyt hura-optymistyczny ogłaszając w 2008 roku program "Laptop dla każdego gimnazjalisty". Jak było - wiadomo. Kryzys, noga, d..., brama - z laptopów dla gimnazjalistów nic nie wyszło.
Ale premier nie odpuszcza - i już w dzisiejszej Wyborczej można przeczytać zapowiedź walki o nowe, lepsze, komputerowe jutro. Tym razem dla każdego pierwszoklasisty.
Informacja z GW niesie ze sobą multum ciekawostek, aż proszących się o komentarz.
Primo: GW przytacza statystykę (niestety nie podaje źródła), mówiącą, że ponad 90% rodzin, w których jest dziecko w wieku szkolnym, posiada komputer, w większości z dostępem do internetu. Znaczy się dostęp do komputerów dzieciaki mają, ergo aż tak zagrożeni cyberwykluczeniem młodzi Polacy nie są.
No tak, ale mieć, a uczyć się z wykorzystaniem komputera to dwie różne rzeczy. Zgoda. Tylko w czym ten komputer pomoże dziecku z klas 1-3? Do nauki literek, cyfr, podstawowych działań komputer nie jest urządzeniem niezbędnym. Podobnie do rysowania i grania na cymbałkach. Ja widzę tylko jedną zaletę - obycie (szeroko rozumiane z komputerem). Ale skoro i tak przeważająca większość z komputerem ma styczność, to i tak chyba to obycie zdobywa, czyż nie?
Inną zupełnie kwestią jest to, jak do takiego pomysłu odniosą się rodzice, którzy najczęściej ograniczają pociechom dostęp do domowych PCtów do 1-2 godzin dziennie. A jak dziecko będzie miało własny netbook to co? Zabroni mu się?
Secundo: domyślam się, że netbooki będą "na piśmie" dawane nie dzieciakom, ale ich rodzicom (w dzierżawę? na zaś?). Czy w takim razie to rodzice będą odpowiadać za ewentualne szkody, jakie ich pociecha urządzeniu wyrządzi? Czy każdy rodzic chciałby brać na swoje bary taką dodatkową odpowiedzialność? A co jeśli dziecko w trzeciej klasie podstawówki już samo wraca ze szkoły? Przecież to łatwy łup dla złodzieja.
Załóżmy jednak, że netbooki nie będą zabierane do domów. To po co wtedy każdemu dziecku oddzielny netbook? Nie wystarczyłoby po prostu wyposażyć każdej klasy w komplet (20? 30?) netbooków. Wtedy mogłoby skorzystać zeń więcej dzieci, a nie tylko pierwsze trzy klasy. Na pierwszy rzut oka trzeba by kupić więcej kompów, ale już potem nie trzeba ich fundować kolejnym rocznikom.
Załóżmy jednak, że taki program ma sens, jest ze wszech miar dobry i prowadzi społeczeństwo ku lepszemu jutru. Ale skąd wziąć na to - wg projektu ok. miliarda złotych - pieniądze???
Kaska ma pochodzić - uwaga - z koncesji płaconych przez operatorów telefonii komórkowych. I tu kolejna ciekawostka: telefonie mają do zabulenia 900 mln euro! (3,6 mld zł). Kupa forsy. W obliczu powiększającej się dziury budżetowej i rosnącego zadłużenia może warto byłoby tę kasiorę zaciułać i np. wrzucić w wydatki na benzynę dla policji?
NIE! Rząd ma lepszy pomysł - zatrzyma tylko 90 mln euro (starczy na 4 lata becikowego, luz), a 570 mln... umorzy operatorom! Moment, moment - umorzy, ale w słusznej sprawie. Za te pieniądze operatorzy unowocześnią sieci.
No i to jest dopiero ciekawe. Czy telefonia komórkowa jest jakimś dobrem narodowym, do którego państwo powinno się dokładać? Jasne, że to wynalazek, który diametralnie odmienił życie ludzkie, itd. itp., ale to są w końcu prywatne firmy, przynoszące zyski prywatnym osobom! Skoro Era czy Plus widzi zbliżający się problem, to niech przycina premię dla prezesów, tudzież przestanie zakupywać nowe autka dla menadżerów i niech ciuła forsę na nowe przekaźniki. A jak nie chce robić oszczędności - to niech podniesie ceny!
(Jeszcze pytanie - jakiego instrumentu użyje rząd, żeby zmusić firmy do przeznaczenia tych pieniędzy na modernizację sieci? Będzie kontrolował postępy prac z pomocą NIKu? Z tego co wiem prywatne firmy są prywatne i wara państwu od mieszania się do decyzji na co prywaciarz przeznacza kabzę, którą chciwą łapą kapitalisty kisi za pazuchą. Znając życie będzie jak z dotacjami kryzysowymi dla banków w US...)
Eksperyment myślowy: sieci tele zaczynają robić się przeciążone. Operatorzy wyciągają łapę po kasę od państwa. Państwo mówi - won! Sieci olewają sprawę (nie, to nie - zobaczycie co się dziać będzie!). Po pół roku realizowane jest jedno połączenie na dwa - z racji przeciążeń. Klienci są wściekli. Pojawia się ... co? Luka na rynku! Luka do zagospodarowania przez operatora, który będzie miał stabilne połączenia! Jestem przekonany, że znalazłaby się firma, która byłaby w stanie tak pozamiatać na rynku. Wszelkie biadolenia, że miejsca dla innych graczy już nie ma zbywam przykładem Play - 10 lat temu też "nie było już miejsca dla nowych operatorów", a jednak najpierw Erze udało się wypromować HEYAH, a potem wkroczył Play. I pozamiatał.
Tymczasem rząd zamierza dotować operatorów i tym sposobem pielęgnować nawarstwiające się z roku na rok patologie. Very brawo.
Ech... wróćmy do tematu. Z pozostałych 240 mln euro rząd kupi dzieciakom komputerki. Wyborna podaje - 350 tys uczniów co roku. Przez trzy lata - ok. miliona. Daje to 240 euro na 1 komputer. Co prawda zgodnie z przetargiem koncesja wygasa dopiero w 2020 roku, ale z drugiej strony wpływy do budżetowej kiesy z jej sprzedaży są rozłożone na roczne raty. De facto nie wiemy ile jeszcze kasy operatorzy mają do zapłacenia za koncesje i do kiedy (dziennikarz tego nie sprawdził - bo co się ma przemęczać?), trudno więc przyjąć jakiś czasookres do obliczeń.
Z zaprezentowanych w GW danych, że jeden komputer miałby kosztować ok. 400 złotych można wnioskować, że kasa ma starczyć nie na lat 3, ale na siedem lat. (około 100 euro za kompa). No, naciągając założenia i uwzględniając niż demograficzny można powiedzieć, że ma starczyć do czasu kolejnego przetargu na koncesje. Czy słuszne jest zakładanie takiego czasookresu? Nie wiem, sądzę że nie. Z drugiej jednak strony z tych 240 mln euro ma być pokryte ubezpieczenie, gwarancja, oprogramowanie i szkolenia dla nauczycieli. Może więc jednak jest to liczone na mniej lat? Skupiłbym się na razie na najbliższych trzech rocznikach i zobaczył, czy taki eksperyment cokolwiek wnosi, ale - rząd woli swoje, jego wola. Moja wola taka, żeby do dalszej analizy przyjąć wariant trzyletni.
Następnie, jak na rzetelną robotę dziennikarską robotę przystało, mamy wypowiedzi: użytkownika (tu - nauczyciela) i dwóch ekspertów (tu - profesora informatyka, eksperta MEN od nowych technologii oraz wykładowca nowych technologii w Kolegium Nauczycielskim w Bielsku-Białej). Nauczyciel twierdzi, że lepiej dawać komputery pierwszoklasistom (ok, być może - nie wiem tego), zaś ekspert profesor, specjalista wybitnej klasy autoratywnie ze szczytów swej katedry grzmi, zanosząc się gromkim śmiechem: takich komputerów za 400 złotych (w moim wariancie - za 240 euro) się nie znajdzie! Najtańsze to za 1,5 tysiąca i to w promocji!!! Pan wykładowca mówi jeno, że trzeba szkolić nauczycieli, bo tu jest problem.
No, jeśli MEN ma takich ekspertów, to nie dziwi mnie zupełnie, że z edukacją jest jak jest. W ciągu minuty znalazłem oferty na bestbuy eeePc za 260 dolców (180 eurasów) sztuka. Nie oszukujmy się - czymże takim ma się cechować netbook dla pierwszaka, czego nie miałby netbook dla przeciętnego użytkownika (odbiorcy) sprzętu oferowanego przez producentów, że musi kosztować aż półtora kafla? Nie kojarzę żadnej serii komputerów dedykowanej siedmiolatkom, pewnie więc niczym specjalnym wyróżniać się nie musi. Co innego, że może się łatwo zniszczyć (wiadomo - dzieci mają talent), ale od tego jest ubezpieczenie/gwarancja, którą rzekomo rząd chce zakupić. Także gratulujemy panu profesorowi rozeznania - oby tak dalej.
Żeby jeszcze bardziej pogrążyć pana profesora (a być może fachowców z GW, bo mogła to być kwestia źle postawionego pytania) - jestem przekonany, że znalazłby się producent, który łyknąłby rządowy kontrakt na tanie laptopy dla dzieci warty 240 mln euro. Podejrzewam, że łącznie ze specjalnie dostosowanym do nich sysopem i oprogramowaniem. Swoją drogą mówienie o opłatach za oprogramowanie dla pierwszoklasistów to też jakiś skandal - 99% programów potrzebnych dzieciakom jest dostępnych jako freeware.
Oczywiście to tylko moje przewidywania. Ale skoro przy zerowych nakładach jestem w stanie sprawdzić ceny netbooków dostępnych w punktach sprzedaży detalicznej, to pewnie dysponując budżetem ministerialnym rząd mógłby zrobić jakieś szersze rozeznanie, a także zaproponować np. potrącenie VATu, możliwość dofinansowania ze środków UE, czy inne ulgi. A jak nie rząd, to cholerny dziennikarz, który siedzi na etacie i pisze takie duperele.
Ale przecież wiadomo - płaci się za ilość, nie za jakość. To, że artykuł jest o kant potłuc i kupy się nie trzyma? Co z tego! I tak czytając tego posta pewnie połowa z Was kliknęła w link, który umieściłem, tym samym podbijając GW statystyki odwiedzin - co przekłada się bezpośrednio na wzrost cen reklamy na stronie. Efekt osiągnięty, norma wyrobiona.
Życzę przyjemnego tygodnia!
PS. Opracowanie odnośnie polityki koncesyjnej na UMTS - bardzo ciekawe, polecam. Również do wyszukania w mniej niż 60 sekund na wujku googlu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 marca 2011
piątek, 15 października 2010
41.10 - Olejnik na podsłuchu!
Temat gruchnął tydzień temu, 7 października. W piątek ukazał się artykuł w GW - inwigilowano dziennikarzy, w tym Monikę “Stokrotkę” Olejnik. Inwigiliowały służby ściśle tajne (ABW i CBA). Szczegóły - tutaj.
Temat jest złowieszczy. Samo zjawisko powraca do dyskursu jak bumerang - z tą różnicą, że wcześniej (początek lat 90.) to lewica miała inwigilować dziennikarzy prawicowych. Postępowanie w tej sprawie zostało jednak po wielu latach umorzone.
Całej sprawy aspekty widzę dwa.
Pierwszy z nich to stary jak III RP refren: Stronnicze Media! Zastanawiające jest, że iwigilacja prawicowych dziennikarzy przez UOP to wymysły oszołomów i objawy paranoi prawicowych liderów, zaś CBA siedzące na karku pracowników RMF FM i TVNu to już skandaliczne pogwałcenie praw obywatelskich i po prostu zbrodnia.* Oczywiście w innej redakcji obraz jest całkowitym odbiciem lustrzanym.
Drugi aspekt to prawo, które dopuszcza takie działania.
Gdyby służby specjalne inwigilowały **, nieważne kogo, nie mając do tego prawa, wtedy można byłoby taki proceder ukrócić błyskawicznie. Niestety tak nie jest - a to dlatego, że inwigilacja, jest jednym z lepszych sposobów na zdobywanie informacji obciążających podejrzanego osobnika; na jego rozpracowywanie. Wytrącając tę potężną broń z rąk służb specjalnych z pewnością zwiążemy im nieco ręce, jednocześnie ułatwiając załatwianie “ciemnych sprawek” różnym bandziorom i gangsterom (a także po prostu zwykłym cwaniaczkom, którzy chcą się dorobić na naszej własnej... moment, można to powiedzieć prościej - politykom).
Mimo, że informacja o byciu podsłuchiwanym; o tym, że tajne służby (już przed oczyma wyrasta nam dwumetrowy mięśniak w czarnym uniformie, kominiarce i z karabinem maszynowym w łapach) przeglądają billingi przyprawiła dziennikarzy o lekki stan przedzawałowy poprzedzony falą świętego oburzenia, to należy pamiętać, że na 99% (wg badających sprawę prokuratorów z naruszeniem prawa mamy do czynienia tylko w 1 przypadku) były to działania zgodne z prawem.
Jak to możliwe? Na przykład tak - jeden z zapisów ustawy, która opisuje możliwe do stostowania środki operacyjne mówi wprost - służba, posiadająca odpowiednie uprawnienia, ma prawo przez pewien określony ustawą czas (2 tygodnie? - nie wiem, taki okres kołacze mi się po głowie, ale nie dam jej sobie za to uciąć) założyć podsłuch na KAŻDY numer telefoniczny, z którym kontaktowała się osoba objęta podsłuchem na zlecenie prokuratora i za zgodą sądu. Zwracam uwagę, że niezależnie od tego czy podejrzany sam telefonował na dany numer, czy też odebrał z niego połączenie. Czy może w takim razie dziwić podsłuchiwanie dziennikarzy śledczych, których pracą jest węszenie wszelkiego rodzaju afer? Problemem jest tu tylko Monika Olejnik (może to właśnie ten 1 przypadek?)
Gazeta Wyborcza nie była łaskawa dostarczyć czytelnikom wielu szczegółów operacji. Wiadomo jedynie, że billingi Moniki Olejnik były sprawdzane przez 2 lata. I że w ogóle służby sprawdzały billingi, z których można nawet wyciągnąć, kto kiedy i gdzie był. I że jest to skandal. I że ABW i CBA zaprzeczyła, ale prokurator jednak pokazał rozkaz służb do ERY, żeby udostępniła, więc ABW i CBA kłamały.
Ja sądzę, że nie. Gdyby nie podsłuch (a dokładniej - ukryty dyktafon) być może nigdy nie wyszłaby na jaw afera Rywina. To zbyt potężne narzędzie do walki z przestępczością (niesprawiedliwością?), by z niego rezygnować. A co zrobić z zakusami depozytariuszy tej niezwykłej władzy?
Tyle w tym temacie ode mnie. Na zakończenie wspomnę jeszcze sprawę próby samobojczej dziennikarza Wprost, Życia - generalnie prawicowca - Wojciecha Sumlińskiego. Sprawę nie tak całkiem dawną. Szczegóły można znaleźć tu, tu i tu. Jako ciekawostkę warto też przeczytać informację z Wyborczej, podkreślającą głównie związki Wojciecha S. z WSI i wszystko co go obciąża.
* o stronniczości mediów przyjdzie mi pisać zapewne niejeden raz, dlatego temat ten chwilowo puszczam mocno okrojony.
** swoją drogą warto byłoby stworzyć definicję “inwigilacji”. Które działania to już inwigilacja, które nie itd.
*** Pytanie czy Grzegorz Napieralski złożył posłowi propozycję nie do odrzucenia? A swoją drogą - wiadomo, że partie nie wystąpią otwarcie przeciwko mediom, zwłaszcza TVNowi. Przykre...
**** Cały ten mechanizm milczącej umowy między państwem a obywatelem jest sam w sobie bardzo ciekawy. Intrygującą hipotezę przedstawiła Naomi Klein w “Doktrynie szoku” - państwo wykorzystuje naturalne katastrofy lub zagrożenia ze strony stron trzecich, by zastraszyć swoich obywateli i uzyskać w ten sposób przyzwolenie na przeforsowanie praw ograniczających wolności obywatelskie lub inne niewygodne projekty.
Temat jest złowieszczy. Samo zjawisko powraca do dyskursu jak bumerang - z tą różnicą, że wcześniej (początek lat 90.) to lewica miała inwigilować dziennikarzy prawicowych. Postępowanie w tej sprawie zostało jednak po wielu latach umorzone.
Całej sprawy aspekty widzę dwa.
Pierwszy z nich to stary jak III RP refren: Stronnicze Media! Zastanawiające jest, że iwigilacja prawicowych dziennikarzy przez UOP to wymysły oszołomów i objawy paranoi prawicowych liderów, zaś CBA siedzące na karku pracowników RMF FM i TVNu to już skandaliczne pogwałcenie praw obywatelskich i po prostu zbrodnia.* Oczywiście w innej redakcji obraz jest całkowitym odbiciem lustrzanym.
Drugi aspekt to prawo, które dopuszcza takie działania.
Gdyby służby specjalne inwigilowały **, nieważne kogo, nie mając do tego prawa, wtedy można byłoby taki proceder ukrócić błyskawicznie. Niestety tak nie jest - a to dlatego, że inwigilacja, jest jednym z lepszych sposobów na zdobywanie informacji obciążających podejrzanego osobnika; na jego rozpracowywanie. Wytrącając tę potężną broń z rąk służb specjalnych z pewnością zwiążemy im nieco ręce, jednocześnie ułatwiając załatwianie “ciemnych sprawek” różnym bandziorom i gangsterom (a także po prostu zwykłym cwaniaczkom, którzy chcą się dorobić na naszej własnej... moment, można to powiedzieć prościej - politykom).
Mimo, że informacja o byciu podsłuchiwanym; o tym, że tajne służby (już przed oczyma wyrasta nam dwumetrowy mięśniak w czarnym uniformie, kominiarce i z karabinem maszynowym w łapach) przeglądają billingi przyprawiła dziennikarzy o lekki stan przedzawałowy poprzedzony falą świętego oburzenia, to należy pamiętać, że na 99% (wg badających sprawę prokuratorów z naruszeniem prawa mamy do czynienia tylko w 1 przypadku) były to działania zgodne z prawem.
Jak to możliwe? Na przykład tak - jeden z zapisów ustawy, która opisuje możliwe do stostowania środki operacyjne mówi wprost - służba, posiadająca odpowiednie uprawnienia, ma prawo przez pewien określony ustawą czas (2 tygodnie? - nie wiem, taki okres kołacze mi się po głowie, ale nie dam jej sobie za to uciąć) założyć podsłuch na KAŻDY numer telefoniczny, z którym kontaktowała się osoba objęta podsłuchem na zlecenie prokuratora i za zgodą sądu. Zwracam uwagę, że niezależnie od tego czy podejrzany sam telefonował na dany numer, czy też odebrał z niego połączenie. Czy może w takim razie dziwić podsłuchiwanie dziennikarzy śledczych, których pracą jest węszenie wszelkiego rodzaju afer? Problemem jest tu tylko Monika Olejnik (może to właśnie ten 1 przypadek?)
Gazeta Wyborcza nie była łaskawa dostarczyć czytelnikom wielu szczegółów operacji. Wiadomo jedynie, że billingi Moniki Olejnik były sprawdzane przez 2 lata. I że w ogóle służby sprawdzały billingi, z których można nawet wyciągnąć, kto kiedy i gdzie był. I że jest to skandal. I że ABW i CBA zaprzeczyła, ale prokurator jednak pokazał rozkaz służb do ERY, żeby udostępniła, więc ABW i CBA kłamały.
To, że nie mamy do czynienia z sensacją, a ze zwyczajnym procesem śledczym, potwierdza również wypowiedź posła Krasonia (SLD, szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych): “Służby nie stosowały niedozwolonych metod”. Oczywiście potem koledzy partyjni podnieśli rwetes i już po kilku dniach Krasoń swoje słowa prostował, ale chyba jasne jest co w tym wypadku jest prawdą, a co nie***.
Obraz wyłaniający się nam zza tej całej historii jest mniej więcej taki: policja, tajne służby i wszelacy szeryfowie w ogóle mają święte prawo wszelkimi metodami łapać zbrodniarzy i przestępców oraz zaprzęgać do swoich działań polityków jeśli sprawa jest nagląca i potrzeba nowego prawa, żeby problem załatwić (vide dopalacze), ale z kręgu podejrzanych mają AUTOMATYCZNIE WYKLUCZYĆ DZIENNIKARZY!, a przy okazji wszystkich innych “szacownych obywateli”. Szacownych oczywiście w mniemaniu konkretnych redakcji albo jakiegokolwiek gremium roszczącego sobie prawo do orzekania moralnego statusu obywatela.
Pytanie zatem - czy to prawo jest złe czy ludzie, którzy je stosują?
Każdy podpisuje się pod stwierdzeniem, że prawo powinno być respektowane. System jego powstawania przejrzysty i przemyślany. Prawo nie może być złe (np. niezgodne z konstytucją) już na etapie tworzenia założeń pod nie! Jednak niezależnie od tego która strona aktualnie sprawuje władzę, zawsze znajdą się tematy, których rozwiązanie (najczęściej dochodzi jeszcze presja czasu) wymaga wręcz porzucenia ww. zasad. Co więcej - takie szybkie i drastyczne rozwiązanie sprawy jest często bardzo mocno postulowane przez opinię publiczną. Dlaczego?
Na prawo dopuszczające zbierania informacji n.t. rozmów telefonicznych zgodziłą się PO powołując wespół z PiSem CBA, przy milczącej zgodzie mediów. Teraz - gdy okazało się, że służby mają czelność tykać dziennikarzy, poszło w eter larum.
Większość komentatorów całej afery jasno daje odpowiedź na pytanie gdzie leży wina - w ludziach. W złych służbistach specjalnych, którzy zamiast tropić bandytów tropią politycznych przeciwników swoich pracodawców (oczywiście na owych pracodawców polecenie).
Pod prąd idzie jedynie Palikot, mówiąc wprost - nikt nie powinien mieć w cywilizowanym kraju prawa do podsłuchiwania kogokolwiek! Zmieńmy prawo! Cóż, trzeba mu oddać honor, że przynajmniej pragnie zniszczyć przyczynę, a nie skutek.
Zatem - zmieniać prawo czy nie? Ja sądzę, że nie. Gdyby nie podsłuch (a dokładniej - ukryty dyktafon) być może nigdy nie wyszłaby na jaw afera Rywina. To zbyt potężne narzędzie do walki z przestępczością (niesprawiedliwością?), by z niego rezygnować. A co zrobić z zakusami depozytariuszy tej niezwykłej władzy?
Cóż - nasza prywatność staje się z każdym rokiem coraz bardziej okrajanym poletkiem. W kraju wolności wszelkiej - USA - wszyscy są podsłuchiwani. Komputerowe systemu analizują każdy przypadek rozmowy, w której pojawią się słowa, zagrażające wolności Ameryki - Bin Laden, Al-Kaida, bomba, zamach, WTC, itd. itp. The Patriot Act pozwala mundurowym na przeszukanie dowolnej osoby w dowolnych okolicznościach (coś w stanach nie do pomyślenia). System inwigilacji jest tak duży, że polska prokuratura prosi urzędników USA o udostępnienie rozmowy z telefonu satelitarnego prezydenckiego Tupolewa, tej między braćmi Kaczyńskimi. Oczywiście Amerykanie zaprzeczają - nie mogą wydać, bo wyjdzie na jaw, że podsłuchują, mimo, że wszyscy wiedzą, że podsłuchują.
Te ograniczenia prywatności ze strony państwa są w większości spowodowane jakimiś traumatycznymi doświadczeniami - w przypadku USA chodzi oczywiście o zamachy na WTC. Co ciekawe - podobne larum w opinii publicznej co u nas z okazji inwigilacji dziennikarzy podniosło się w Anglii po zamachach w Londynie, gdy chciano wprowadzić... DOWODY OSOBISTE! Coś co u nas jest na porządku dziennym i nikt się temu nie dziwi w Anglii zostało uznane za ZAMACH (sic!) na podstawowe swobody obywatelskie.
Ale w naszą prywatność ingerują nie tylko struktury państwowe. Co z gmailem, oferującym reklamy na podstawie treści maila (tu ciekawostka - jeśli w mailu pojawiają sie słowa związane z tragedią - np. śmierć, samobójstwo - gmail nie podsunie nam reklam pod nos). A co z fejsbuniem? Idźmy dalej tym tropem - aż do granic absurdu. Co z dostarczycielami gazu i prądu? Przecież na podstawie rachunków wiedzą (mniej więcej) jaki sprzęt elektroniczny mam w domu! I kiedy w nim jestem (zużycie gazu, w większości przypadków, wskazuje na gotowanie). O to nikt nie kruszy kopii - a temat przecież ten sam.
Jest to jasne - godzimy się na ingerowanie w naszą prywatność, aby otrzymać coś w zamian. W wypadku państwa na ogół w zamian za wpuszczenie wścibskich do naszych domów domagamy się bezpieczeństwa****. Jednocześnie obdarzamy ingerujących w naszą prywatność zaufaniem, że informacji o nas nie będą nikomu udostępniać.
Skoro ufamy politykom (a przynajmniej odnoszę takie wrażenie, że duża część dziennikarzy inwigilowanych jednak ufa politykom aktualnie będącym u sterów władzy ), to czemu nie zaufać służbom? Przecież im też chodzi o to samo, o co wszystkim - by żyło się lepiej. Bezpiecznie. Sprawiedliwie. (proszę dodać sobie do tych słów szczyptę sarkazmu).
W zbieraniu informacji... nic złego nie ma. Dopiero gdy te informacje zostają użyte w złej (nieuczciwej) intencji lub gdy są przechowywane bez powodu w nieskończoność - wtedy dopiero jest coś nie tak i należy bić na alarm. Takie jest moje zdanie. Z tego co wiem nikt z inwigilowanych dziennikarzy nie zgłosił pretensji, że fakt czytania billingów przez służby w jakiś istotny sposób uprzykrzył mu życie. Oczywiście należy dociekać, czy była jakaś istotna przesłanka ku temu, by billingi sprawdzać na przestrzeni dwóch lat i sprawę wyjaśnić do końca, ale nie popadajmy od razu w przesadę. Tyle w tym temacie ode mnie. Na zakończenie wspomnę jeszcze sprawę próby samobojczej dziennikarza Wprost, Życia - generalnie prawicowca - Wojciecha Sumlińskiego. Sprawę nie tak całkiem dawną. Szczegóły można znaleźć tu, tu i tu. Jako ciekawostkę warto też przeczytać informację z Wyborczej, podkreślającą głównie związki Wojciecha S. z WSI i wszystko co go obciąża.
* o stronniczości mediów przyjdzie mi pisać zapewne niejeden raz, dlatego temat ten chwilowo puszczam mocno okrojony.
** swoją drogą warto byłoby stworzyć definicję “inwigilacji”. Które działania to już inwigilacja, które nie itd.
*** Pytanie czy Grzegorz Napieralski złożył posłowi propozycję nie do odrzucenia? A swoją drogą - wiadomo, że partie nie wystąpią otwarcie przeciwko mediom, zwłaszcza TVNowi. Przykre...
**** Cały ten mechanizm milczącej umowy między państwem a obywatelem jest sam w sobie bardzo ciekawy. Intrygującą hipotezę przedstawiła Naomi Klein w “Doktrynie szoku” - państwo wykorzystuje naturalne katastrofy lub zagrożenia ze strony stron trzecich, by zastraszyć swoich obywateli i uzyskać w ten sposób przyzwolenie na przeforsowanie praw ograniczających wolności obywatelskie lub inne niewygodne projekty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)