Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 października 2010

42.10.1 - Ekskomunika za in vitro

            Zbliża się głosowanie nad ustawą o In vitro. Temat kontrowersyjny w zasadzie tylko z jednego powodu – potępienia metody przez hierarchię Kościoła Katolickiego (a może kościoła katolickiego?). Tym razem biskupi (ustami abp Henryka Hosera, szefa zespołu ekspertów episkopatu ds. bioetycznych) ostro pojechali po bandzie i – wzorem, być może, kolegów z Hiszpanii – orzekli, że każdy, kto przyłoży rękę do zalegalizowania metody in vitro, może czuć się ekskomunikowany z automatu. Ten drastyczny środek szybkiego reagowania w wersji kato szybko został wsparty listem biskupów do parlamentarzystów, w którym arcypasterze cierpliwie, ale w słowach dosadnych, tłumaczą posłom, dlaczego in vitro jest złe.

           W swej naiwności łudziłem się, że temat nie stanie się numerem jeden we wszelakich programach publicystycznych; nie będzie przedmiotem ostrych polemik najzacniejszych felietonistów polskiej prasy. Niestety! Już we wtorek rano można było usłyszeć błyskawiczną reakcję Dominiki Wielowieyskiej i jej gości w „Poranku radia TOK FM”. Temat zajął połowę programu – a to wszystko przy głośnym alarmie podniesionym przez Wyborczą. Rzepa w tym temacie jest dość powściągliwa (i trudno jej się dziwić), DGP donosi, ale stroni od ostrych ataków, P:TT polemizuje.

            I bardzo dobrze! – oczywiście z jednej strony. Z drugiej już – bardzo źle, bo temat ten – jakkolwiek może wiele osób bardzo bulwersować – nie powinien być w epicentrum zainteresowania! Dlaczego?

            Bo Kościół zmienia się bardzo powoli (stosowne powiedzenia sobie odpuszczę). Bo Kościół (a de facto – każda religia, wiara) nie jest supermarketem, w którym człowiek za dziesięć zdrowasiek może sobie kupić spokój sumienia lub pół kilo duchowości. Jako taki nie będzie się zmieniał pod naciskiem wiernych. Jeśli to robił w swej ponaddwutysiącletniej historii, to były to raczej wyjątki od reguły. Co więcej – jeśliby się zmienił, to zaprzeczyłby swojej roli w społeczeństwie. Każda religia ma za zadanie kierować swoich wiernych ku lepszemu życiu, wskazywać drogę, a nie dostosowywać swoje nauki do aktualnych zachcianek trzódki. Mówię tu o celu nadrzędnym, a nie o jego faktycznej realizacji (chciałbym uniknąć dyskusji nt. opasłych biskupich brzuchów itd.)

            Publicyści i komentatorzy w większości nazywają wystąpienie abp Hosera szantażem. Argumentują: politycy i prawo przez nich tworzone jest dla wszystkich obywateli – niezależnie od ich wyznania czy światopoglądu. Nikt nie zabrania księżom nauczania swoich wiernych odnośnie tego, co dobre, co złe, ale od stanowienia prawa – wara! A co za tym idzie – od pouczania polityków też wara. I w ogóle kościół zły.

            Nie rozumiem tych ataków. Konkretnie – nie rozumiem kierunku tych ataków. Kościół robi tylko to, do czego został powołany – upomina swoich wiernych i mówi o tym, jakie konsekwencje (duchowe) grożą za konkretne czyny. To, że posłowie są wierzący i mają z tą nauką problem – sprawa posłów lub wyborców.

            Politycy (w tym wypadku posłowie) powinni wstydzić się swojego tchórzostwa, lęków przed ekskomuniką (czy szerzej - przed kościołem, jego reakcją) lub wprost przeciwnie – obaw by stanąć przed opinią publiczną z otwartą przyłbicą. Popatrzmy na Marka Jurka – broniąc swoich przekonań (a raczej – pozostając im wiernym) de facto własnoręcznie wypchnął się na polityczny margines. Krótka piłka – nie chcemy państwa wyznaniowego, więc nie wybierajmy na posłów ludzi wierzących w to czy w tamto. Prosta sprawa.

            Przy okazji pojawiły się obawy (a w zasadzie było to smętne wieszczenie), że już za chwilę, w najbliższą niedzielę, popłyną z ambon jak kraj długi i szeroki nazwiska wszystkich posłów, którzy "przyłożyli rękę do rzezi niewiniątek". Oczywiście z zastrzeżeniem, by na nich nigdy, przenigdy nie oddać głosu, gdyż tym samym też - pośrednio - przyłożymy do rzezi rękę, skazując się na wieczne potępienie (a przynajmniej kilka dodatkowych lat w czyśćcu). 
            Pytam - i co z tego? Rozumiem, że niewierzący Polacy są wściekli, że żyją w Polsce, gdzie wierzący stanowią większość, dla której głos księdza się liczy. Ergo - ateiści głosu księdza się obawiają i wolą, aby ksiądz potulnie stulił ryj, dla dobra większej sprawy.
            Sorry Winetou - na tym właśnie polega demokracja. Liczy się głos większości. Jeśli większość chce, żeby in vitro było prawnie zakazane - to tak ma być i koniec kropka. Kiedy po kilkunastu (kilkudziesięciu?) latach Polska się zlaicyzuje, większością będą ateiści i wtedy przyjdzie ich czas na stanowienie prawa. Simple as that. Choć jestem przekonany, że nawet wtedy duchowi przywódcy nowej, lepszej Polski będą kneblować usta księżom - tak na wszelki wypadek, żeby nie dopuścić do powrotu "demonów nacjonalizmu". 
            Tymczasem - każdy kapłan ma psi (i święty) obowiązek głosić prawidła swej wiary i wskazywać wiernym drogę prowadzącą do zbawienia. To jest dobry uczynek, to jest zły. Może nas to wkurzać - ale tak działają religie. Działajmy zatem jak Sokrates i zadawajmy ludziom pytania, zmuszajmy ich do myślenia, do kwestionowania prawideł wiary głoszonych z ambony- ale nie kneblujmy nikogo! Wolność słowa przede wszystkim! 

            Warto też zauważyć, że jeśli ktoś czuje powołanie do sprawowania rządów i stanowienia prawa to powinien liczyć się z konsekwencjami. Także w kwestii wiary i godzenia jej z wykonywaną funkcją. Czym znów wracamy do pytania o kondycję i siłę polskiego kościoła, ale to temat na inny wpis. 

            We wtorkowych Faktach wypowiadał się Jarosław Gowin i Marek Jurek. Choć obaj wzywali do rzeczy innych, to mówili tymi samymi słowami – politycy muszą być teraz odważni. Muszą przemyśleć tę kwestię w swoich sumieniach i podjąć zgodną z nimi decyzję.

            Piękny byłby to obraz – zobaczyć Donalda Tuska na konferencji prasowej po podpisaniu ustawy o in vitro, który wespół z Bronisławem Komorowskim oznajmia: poświęciłem swoją duszę, abyście mogli mieć własne dzieci!

            Niestety – chyba nie będzie nam to dane.