Coraz bliżej Świąt, zima daje się we znaki, wkoło czapy śniegu i błoto pośniegowe na ulicach. Rząd, pchnięty do działania bliżej niezdefiniowanym impulsem, zdecydował się pochylić nad problemem przestarzałej sieci energetycznej Kraju.
Mimo, że nie doświadczamy jeszcze kontrolowanych przerw w dostawach prądu, a kable wysokiego napięcia nie pękają na potęgę, to nie miejmy złudzeń - polska sieć energetyczna jest w stanie agonalnym. Nie tylko zresztą polska - z podobną sytuacją borykają się pozostałe kraje regionu.
Nie ma w tym nic dziwnego - druty mają mniej więcej po trzydzieści lat, mają więc prawo już nie dawać rady. Dla mniej obeznanych z fizyką dodam jeszcze, że stan linii przesyłowych wpływa bezpośrednio na cenę prądu, gdyż im gorszy stan, tym większe straty na przesyle, co dostawca pokrywa sobie podnosząc cenę za kWh.
Linie przesyłowe trzeba zatem wyremontować, a w zasadzie - postawić nowe. Tylko kto za to zapłaci?
Rząd już rozważa opcję najprostszą - sięgnięcie po forsę do kieszeni podatnika. Konkretny pomysł to specjalny podatek lokalny, z którego samorządy będą finansować budowę/remont sieci. Tajemnicze gremium, zwane ekspertami, na pomysł się burzy - jakże to! To podatnicy mają sponsorować infrastrukturę firm prywatnych???
Sprawę trzeba doprecyzować - samorządy miałyby się dokładać na remont linii właśnie lokalnych, tzw. dystrybucyjnych, które są dobrem takich firm prywatnych jak Energa, PGE, Enea itp.
Czy to dobry pomysł? Naprawdę trudno to ocenić. Bo skoro prywatna firma energetyczna ma związane ręce jeśli chodzi o ustalanie ceny prundu (URE zatwierdza plany taryfowe raz na rok - więc trudno mówić o długofalowej polityce finansowej), to jak może zaplanować sobie wymianę/remont kabli? A z drugiej strony, jeśli Państwo nie dołoży się, a firma nie będzie chciała remontować, to kto straci? Pan straci, Pani straci, my stracimy... Społeczeństwo!
Jak to lepiej rozwiązać - nie mam pojęcia. Należałoby się zastanowić w ogóle nad tym jaki model zaopatrywania ludzi w prąd byłby najlepszy. Ale to już temat na co najmniej pracę doktorską.
Jedno jest pewne - powszechne blackouty zbliżają się wielkimi krokami.
PS. W zeszłym tygodniu strona zaliczyła 2000 odsłon :) Dziękuję Wam serdecznie! i teraz nabijamy kolejnego tysiaka na tym jakże przeSłoDZIUffffffnYMMM SŁIIItaaaaśNYMM BlogasssSSSSkUUUU! :P
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 grudnia 2010
poniedziałek, 6 grudnia 2010
49.10.1 - Redukcji obstrukcja
W poprzedni piątek (03.12) sejm przyjął nie tylko ustawę o parytetach, ale także zobowiązał (się?) do dziesięcioprocentowej redukcji w administracji.
Odgórny prikaz poszedł, ale już dziś włodarze urzędów wszelakich wskazują na zasadniczy problem - zwolnienia przyniosą... lawinę pozwów, której w sukurs idzie wprowadzona niedawno możliwość składania pozwu zbiorowego (potrzebne do niego jest minimum 10 osób).
A skąd taki prognostyk? Otóż ustawodawca nie zdefiniował kryteriów, wg których ma się redukcja dokonywać. W efekcie każdy zwolniony pracownik, będzie mógł się odwoływać lub złożyć pozew o bezzasadne pozbawienie pracy...
Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Rozumiem intencje ustawodawcy - przecież trudno premierowi czy posłowi arbitralnie stwierdzić, kogo należy wywalić w urzędzie powiatowym, ale nie można ustawą, która w założeniu ma zredukować koszt prowadzenia państwa, jednocześnie narażać państwa na wydatki (sąd może orzec zamiast przywrócenia pracy wypłatę odszkodowania, do tego dochodzą koszty sądowe).
W tym momencie rzec by się chciało: LANGSAM, LANGSAM, ABER SICHER, PANOWIE SZLACHTA!
Odgórny prikaz poszedł, ale już dziś włodarze urzędów wszelakich wskazują na zasadniczy problem - zwolnienia przyniosą... lawinę pozwów, której w sukurs idzie wprowadzona niedawno możliwość składania pozwu zbiorowego (potrzebne do niego jest minimum 10 osób).
A skąd taki prognostyk? Otóż ustawodawca nie zdefiniował kryteriów, wg których ma się redukcja dokonywać. W efekcie każdy zwolniony pracownik, będzie mógł się odwoływać lub złożyć pozew o bezzasadne pozbawienie pracy...
Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Rozumiem intencje ustawodawcy - przecież trudno premierowi czy posłowi arbitralnie stwierdzić, kogo należy wywalić w urzędzie powiatowym, ale nie można ustawą, która w założeniu ma zredukować koszt prowadzenia państwa, jednocześnie narażać państwa na wydatki (sąd może orzec zamiast przywrócenia pracy wypłatę odszkodowania, do tego dochodzą koszty sądowe).
W tym momencie rzec by się chciało: LANGSAM, LANGSAM, ABER SICHER, PANOWIE SZLACHTA!
niedziela, 5 grudnia 2010
48.10.1 - Parytety wreszcie są!
W piątek (3.12.2010) Sejm przyjął ustawę parytetową! Głosi ona:
- Aby lista wyborcza do sejmu, PE, rad gmin (powyżej 20tys. mieszkańców), powiatów lub sejmiku wojewódzkiego mogła być zarejestrowana, minimum 35% miejsc musi być zajęte przez mężczyzn, minimum 35% musi być zajęte przez kobiety. Reszta do podziału podle uznania szefostwa.
- Zasada nie obowiązuje na listach do senatu i gmin poniżej 20tys. mieszkańców
- Po wycofaniu się kandydata z listy już po rejestracji nie straci ona ważności, nawet jeśli nie będzie spełniała wymogu
- Ustawa nie precyzuje na których miejscach mają być kobiety czy mężczyźni (poprawka, by wśród pierwszych trzech miejsc była choć 1 kobieta, a w pierwszej piątce przynajmniej 2 została odrzucona)
Choć jest to krok w dobrym kierunku, to pewnie osoby, które o parytety najbardziej walczyły, nie będą zadowolone. Przyjęta ustawa pozwala dalej żyć w magicznej fikcji, bo skoro nie ma sprecyzowanych miejsc, na których mają znaleźć się Panie, to podejrzewam, że gro z nich będzie zamykało stawkę, a nie ją otwierało.
Pewnie tą samą filozofią będą kierowali się włodarze list, przyznając pozostałe 30% miejsc.
Abstrahując jednak od samej ustawy - fascynuje mnie, że ludzie walczący z dyskryminacją jako główne rozwiązanie proponują... również dyskryminację. Tyle że w drugą stronę. Punkty preferencyjne ze względu na płeć, rasę, pochodzenie czy pokrewieństwo przy egzaminach do szkół, parytety...
Czy dyskryminowanie większości (może inaczej - osób do tej pory dyskryminujących), to dobre rozwiązanie na bolączki nierówności w społeczeństwach?
Wracając jednak do parytetów - przecież to wyborcy głosują i głosem swym wybierają posła/radnego. Zatem jeśli wyborcy chcieliby posłanek i radczyń, to by je sobie wybrali.
Niby racja, odpowiadają osoby proparytetowe, ale wyborcy na co dzień widzą w polityce tylko mężczyzn (którzy są tam przez patriarchalne zacofanie polskiego społeczeństwa) i przez ten obraz zapamiętują sobie fałszywe twierdzenie, że tylko mężczyźni się do polityki nadają i przez to kobiety nie mają szans! Zatem trzeba zagwarantować ustawowo (sic!) obecność kobiet w polityce! Nie ważne czy kto mądry, głupi, oszust czy kaznodzieja - ważne co ma między nogami!
Taka to jest kontrargumentacja na najcięższy gatunkowo zarzut względem parytetów. I tylko dziwi mnie czemu nikt nie zaproponował takiego rozwiązania:
Parytet fifty-fifty... na JEDNĄ (słownie: jedną!) kadencję. Wtedy wyborcy będą mogli się przekonać czy więcej warte są osobniki XY, czy może jednak XX i po czterech latach zadecydować, czy faktycznie chcą więcej kobiet w polityce. Jeśli jedna kadencja to za mało dla najbardziej zawziętych obrońców równości można by ten okres wydłużyć do dwóch, maksymalnie trzech.
Nic to. Przeszła ustawa jaka przeszła. Już w przyszłą jesienią przekonamy się co jest warta.
P.S. Polecam artykuł koleżanki związany z tematem->o tutej.
- Aby lista wyborcza do sejmu, PE, rad gmin (powyżej 20tys. mieszkańców), powiatów lub sejmiku wojewódzkiego mogła być zarejestrowana, minimum 35% miejsc musi być zajęte przez mężczyzn, minimum 35% musi być zajęte przez kobiety. Reszta do podziału podle uznania szefostwa.
- Zasada nie obowiązuje na listach do senatu i gmin poniżej 20tys. mieszkańców
- Po wycofaniu się kandydata z listy już po rejestracji nie straci ona ważności, nawet jeśli nie będzie spełniała wymogu
- Ustawa nie precyzuje na których miejscach mają być kobiety czy mężczyźni (poprawka, by wśród pierwszych trzech miejsc była choć 1 kobieta, a w pierwszej piątce przynajmniej 2 została odrzucona)
Choć jest to krok w dobrym kierunku, to pewnie osoby, które o parytety najbardziej walczyły, nie będą zadowolone. Przyjęta ustawa pozwala dalej żyć w magicznej fikcji, bo skoro nie ma sprecyzowanych miejsc, na których mają znaleźć się Panie, to podejrzewam, że gro z nich będzie zamykało stawkę, a nie ją otwierało.
Pewnie tą samą filozofią będą kierowali się włodarze list, przyznając pozostałe 30% miejsc.
Abstrahując jednak od samej ustawy - fascynuje mnie, że ludzie walczący z dyskryminacją jako główne rozwiązanie proponują... również dyskryminację. Tyle że w drugą stronę. Punkty preferencyjne ze względu na płeć, rasę, pochodzenie czy pokrewieństwo przy egzaminach do szkół, parytety...
Czy dyskryminowanie większości (może inaczej - osób do tej pory dyskryminujących), to dobre rozwiązanie na bolączki nierówności w społeczeństwach?
Wracając jednak do parytetów - przecież to wyborcy głosują i głosem swym wybierają posła/radnego. Zatem jeśli wyborcy chcieliby posłanek i radczyń, to by je sobie wybrali.
Niby racja, odpowiadają osoby proparytetowe, ale wyborcy na co dzień widzą w polityce tylko mężczyzn (którzy są tam przez patriarchalne zacofanie polskiego społeczeństwa) i przez ten obraz zapamiętują sobie fałszywe twierdzenie, że tylko mężczyźni się do polityki nadają i przez to kobiety nie mają szans! Zatem trzeba zagwarantować ustawowo (sic!) obecność kobiet w polityce! Nie ważne czy kto mądry, głupi, oszust czy kaznodzieja - ważne co ma między nogami!
Taka to jest kontrargumentacja na najcięższy gatunkowo zarzut względem parytetów. I tylko dziwi mnie czemu nikt nie zaproponował takiego rozwiązania:
Parytet fifty-fifty... na JEDNĄ (słownie: jedną!) kadencję. Wtedy wyborcy będą mogli się przekonać czy więcej warte są osobniki XY, czy może jednak XX i po czterech latach zadecydować, czy faktycznie chcą więcej kobiet w polityce. Jeśli jedna kadencja to za mało dla najbardziej zawziętych obrońców równości można by ten okres wydłużyć do dwóch, maksymalnie trzech.
Nic to. Przeszła ustawa jaka przeszła. Już w przyszłą jesienią przekonamy się co jest warta.
P.S. Polecam artykuł koleżanki związany z tematem->o tutej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)