Nawiązując do mini dyskusji, jaka wywiązała się pod poprzednim wpisem, podaję za Polskim Radiem Szczecin, iż w wielu miejscowościach w Zachodniopomorskim ludzie spędzili święta bez prądu. Powodem, jak usłyszałem dziś rano w serwisach TOK FM, były uszkodzenia sieci dystrybucyjnych wskutek srogiej zimy i starego sprzętu. Dopiero dziś uda się, być może, naprawić sieć na tyle, by prąd był już w każdym mieszkaniu.
Co zdaje się potwierdzać, że blackouty raczej będą zdarzały się na skutek starej instalacji przesyłowej, a nie braku mocy prądotwórczych.
Tym samym składam wszystkim Szanownym życzenia poświąteczne oraz aktualne życzenia noworoczne - oby nas nie zalało, spaliło, wysuszyło, prądu nie zabrało i pracy nie pozbawiło.
Oby.
Na koniec gorąco polecam wszystkim blog Roberta Gwiazdowskiego. Co prawda czasami udaje mu się przedostać do głównych mediów, ale na ogół jego opinie nie są specjalnie poważane/zauważane - a szkoda. Na blogu celne komentarze do aktualnych wydarzeń, ciekawe analizy głównych problemów gospodarczych, a także nieustanna walka z OFE. :) Polecam.
wtorek, 28 grudnia 2010
środa, 15 grudnia 2010
50.10.1 - Nowe podatki Cesarza
Coraz bliżej Świąt, zima daje się we znaki, wkoło czapy śniegu i błoto pośniegowe na ulicach. Rząd, pchnięty do działania bliżej niezdefiniowanym impulsem, zdecydował się pochylić nad problemem przestarzałej sieci energetycznej Kraju.
Mimo, że nie doświadczamy jeszcze kontrolowanych przerw w dostawach prądu, a kable wysokiego napięcia nie pękają na potęgę, to nie miejmy złudzeń - polska sieć energetyczna jest w stanie agonalnym. Nie tylko zresztą polska - z podobną sytuacją borykają się pozostałe kraje regionu.
Nie ma w tym nic dziwnego - druty mają mniej więcej po trzydzieści lat, mają więc prawo już nie dawać rady. Dla mniej obeznanych z fizyką dodam jeszcze, że stan linii przesyłowych wpływa bezpośrednio na cenę prądu, gdyż im gorszy stan, tym większe straty na przesyle, co dostawca pokrywa sobie podnosząc cenę za kWh.
Linie przesyłowe trzeba zatem wyremontować, a w zasadzie - postawić nowe. Tylko kto za to zapłaci?
Rząd już rozważa opcję najprostszą - sięgnięcie po forsę do kieszeni podatnika. Konkretny pomysł to specjalny podatek lokalny, z którego samorządy będą finansować budowę/remont sieci. Tajemnicze gremium, zwane ekspertami, na pomysł się burzy - jakże to! To podatnicy mają sponsorować infrastrukturę firm prywatnych???
Sprawę trzeba doprecyzować - samorządy miałyby się dokładać na remont linii właśnie lokalnych, tzw. dystrybucyjnych, które są dobrem takich firm prywatnych jak Energa, PGE, Enea itp.
Czy to dobry pomysł? Naprawdę trudno to ocenić. Bo skoro prywatna firma energetyczna ma związane ręce jeśli chodzi o ustalanie ceny prundu (URE zatwierdza plany taryfowe raz na rok - więc trudno mówić o długofalowej polityce finansowej), to jak może zaplanować sobie wymianę/remont kabli? A z drugiej strony, jeśli Państwo nie dołoży się, a firma nie będzie chciała remontować, to kto straci? Pan straci, Pani straci, my stracimy... Społeczeństwo!
Jak to lepiej rozwiązać - nie mam pojęcia. Należałoby się zastanowić w ogóle nad tym jaki model zaopatrywania ludzi w prąd byłby najlepszy. Ale to już temat na co najmniej pracę doktorską.
Jedno jest pewne - powszechne blackouty zbliżają się wielkimi krokami.
PS. W zeszłym tygodniu strona zaliczyła 2000 odsłon :) Dziękuję Wam serdecznie! i teraz nabijamy kolejnego tysiaka na tym jakże przeSłoDZIUffffffnYMMM SŁIIItaaaaśNYMM BlogasssSSSSkUUUU! :P
Mimo, że nie doświadczamy jeszcze kontrolowanych przerw w dostawach prądu, a kable wysokiego napięcia nie pękają na potęgę, to nie miejmy złudzeń - polska sieć energetyczna jest w stanie agonalnym. Nie tylko zresztą polska - z podobną sytuacją borykają się pozostałe kraje regionu.
Nie ma w tym nic dziwnego - druty mają mniej więcej po trzydzieści lat, mają więc prawo już nie dawać rady. Dla mniej obeznanych z fizyką dodam jeszcze, że stan linii przesyłowych wpływa bezpośrednio na cenę prądu, gdyż im gorszy stan, tym większe straty na przesyle, co dostawca pokrywa sobie podnosząc cenę za kWh.
Linie przesyłowe trzeba zatem wyremontować, a w zasadzie - postawić nowe. Tylko kto za to zapłaci?
Rząd już rozważa opcję najprostszą - sięgnięcie po forsę do kieszeni podatnika. Konkretny pomysł to specjalny podatek lokalny, z którego samorządy będą finansować budowę/remont sieci. Tajemnicze gremium, zwane ekspertami, na pomysł się burzy - jakże to! To podatnicy mają sponsorować infrastrukturę firm prywatnych???
Sprawę trzeba doprecyzować - samorządy miałyby się dokładać na remont linii właśnie lokalnych, tzw. dystrybucyjnych, które są dobrem takich firm prywatnych jak Energa, PGE, Enea itp.
Czy to dobry pomysł? Naprawdę trudno to ocenić. Bo skoro prywatna firma energetyczna ma związane ręce jeśli chodzi o ustalanie ceny prundu (URE zatwierdza plany taryfowe raz na rok - więc trudno mówić o długofalowej polityce finansowej), to jak może zaplanować sobie wymianę/remont kabli? A z drugiej strony, jeśli Państwo nie dołoży się, a firma nie będzie chciała remontować, to kto straci? Pan straci, Pani straci, my stracimy... Społeczeństwo!
Jak to lepiej rozwiązać - nie mam pojęcia. Należałoby się zastanowić w ogóle nad tym jaki model zaopatrywania ludzi w prąd byłby najlepszy. Ale to już temat na co najmniej pracę doktorską.
Jedno jest pewne - powszechne blackouty zbliżają się wielkimi krokami.
PS. W zeszłym tygodniu strona zaliczyła 2000 odsłon :) Dziękuję Wam serdecznie! i teraz nabijamy kolejnego tysiaka na tym jakże przeSłoDZIUffffffnYMMM SŁIIItaaaaśNYMM BlogasssSSSSkUUUU! :P
poniedziałek, 6 grudnia 2010
49.10.1 - Redukcji obstrukcja
W poprzedni piątek (03.12) sejm przyjął nie tylko ustawę o parytetach, ale także zobowiązał (się?) do dziesięcioprocentowej redukcji w administracji.
Odgórny prikaz poszedł, ale już dziś włodarze urzędów wszelakich wskazują na zasadniczy problem - zwolnienia przyniosą... lawinę pozwów, której w sukurs idzie wprowadzona niedawno możliwość składania pozwu zbiorowego (potrzebne do niego jest minimum 10 osób).
A skąd taki prognostyk? Otóż ustawodawca nie zdefiniował kryteriów, wg których ma się redukcja dokonywać. W efekcie każdy zwolniony pracownik, będzie mógł się odwoływać lub złożyć pozew o bezzasadne pozbawienie pracy...
Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Rozumiem intencje ustawodawcy - przecież trudno premierowi czy posłowi arbitralnie stwierdzić, kogo należy wywalić w urzędzie powiatowym, ale nie można ustawą, która w założeniu ma zredukować koszt prowadzenia państwa, jednocześnie narażać państwa na wydatki (sąd może orzec zamiast przywrócenia pracy wypłatę odszkodowania, do tego dochodzą koszty sądowe).
W tym momencie rzec by się chciało: LANGSAM, LANGSAM, ABER SICHER, PANOWIE SZLACHTA!
Odgórny prikaz poszedł, ale już dziś włodarze urzędów wszelakich wskazują na zasadniczy problem - zwolnienia przyniosą... lawinę pozwów, której w sukurs idzie wprowadzona niedawno możliwość składania pozwu zbiorowego (potrzebne do niego jest minimum 10 osób).
A skąd taki prognostyk? Otóż ustawodawca nie zdefiniował kryteriów, wg których ma się redukcja dokonywać. W efekcie każdy zwolniony pracownik, będzie mógł się odwoływać lub złożyć pozew o bezzasadne pozbawienie pracy...
Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Rozumiem intencje ustawodawcy - przecież trudno premierowi czy posłowi arbitralnie stwierdzić, kogo należy wywalić w urzędzie powiatowym, ale nie można ustawą, która w założeniu ma zredukować koszt prowadzenia państwa, jednocześnie narażać państwa na wydatki (sąd może orzec zamiast przywrócenia pracy wypłatę odszkodowania, do tego dochodzą koszty sądowe).
W tym momencie rzec by się chciało: LANGSAM, LANGSAM, ABER SICHER, PANOWIE SZLACHTA!
niedziela, 5 grudnia 2010
48.10.1 - Parytety wreszcie są!
W piątek (3.12.2010) Sejm przyjął ustawę parytetową! Głosi ona:
- Aby lista wyborcza do sejmu, PE, rad gmin (powyżej 20tys. mieszkańców), powiatów lub sejmiku wojewódzkiego mogła być zarejestrowana, minimum 35% miejsc musi być zajęte przez mężczyzn, minimum 35% musi być zajęte przez kobiety. Reszta do podziału podle uznania szefostwa.
- Zasada nie obowiązuje na listach do senatu i gmin poniżej 20tys. mieszkańców
- Po wycofaniu się kandydata z listy już po rejestracji nie straci ona ważności, nawet jeśli nie będzie spełniała wymogu
- Ustawa nie precyzuje na których miejscach mają być kobiety czy mężczyźni (poprawka, by wśród pierwszych trzech miejsc była choć 1 kobieta, a w pierwszej piątce przynajmniej 2 została odrzucona)
Choć jest to krok w dobrym kierunku, to pewnie osoby, które o parytety najbardziej walczyły, nie będą zadowolone. Przyjęta ustawa pozwala dalej żyć w magicznej fikcji, bo skoro nie ma sprecyzowanych miejsc, na których mają znaleźć się Panie, to podejrzewam, że gro z nich będzie zamykało stawkę, a nie ją otwierało.
Pewnie tą samą filozofią będą kierowali się włodarze list, przyznając pozostałe 30% miejsc.
Abstrahując jednak od samej ustawy - fascynuje mnie, że ludzie walczący z dyskryminacją jako główne rozwiązanie proponują... również dyskryminację. Tyle że w drugą stronę. Punkty preferencyjne ze względu na płeć, rasę, pochodzenie czy pokrewieństwo przy egzaminach do szkół, parytety...
Czy dyskryminowanie większości (może inaczej - osób do tej pory dyskryminujących), to dobre rozwiązanie na bolączki nierówności w społeczeństwach?
Wracając jednak do parytetów - przecież to wyborcy głosują i głosem swym wybierają posła/radnego. Zatem jeśli wyborcy chcieliby posłanek i radczyń, to by je sobie wybrali.
Niby racja, odpowiadają osoby proparytetowe, ale wyborcy na co dzień widzą w polityce tylko mężczyzn (którzy są tam przez patriarchalne zacofanie polskiego społeczeństwa) i przez ten obraz zapamiętują sobie fałszywe twierdzenie, że tylko mężczyźni się do polityki nadają i przez to kobiety nie mają szans! Zatem trzeba zagwarantować ustawowo (sic!) obecność kobiet w polityce! Nie ważne czy kto mądry, głupi, oszust czy kaznodzieja - ważne co ma między nogami!
Taka to jest kontrargumentacja na najcięższy gatunkowo zarzut względem parytetów. I tylko dziwi mnie czemu nikt nie zaproponował takiego rozwiązania:
Parytet fifty-fifty... na JEDNĄ (słownie: jedną!) kadencję. Wtedy wyborcy będą mogli się przekonać czy więcej warte są osobniki XY, czy może jednak XX i po czterech latach zadecydować, czy faktycznie chcą więcej kobiet w polityce. Jeśli jedna kadencja to za mało dla najbardziej zawziętych obrońców równości można by ten okres wydłużyć do dwóch, maksymalnie trzech.
Nic to. Przeszła ustawa jaka przeszła. Już w przyszłą jesienią przekonamy się co jest warta.
P.S. Polecam artykuł koleżanki związany z tematem->o tutej.
- Aby lista wyborcza do sejmu, PE, rad gmin (powyżej 20tys. mieszkańców), powiatów lub sejmiku wojewódzkiego mogła być zarejestrowana, minimum 35% miejsc musi być zajęte przez mężczyzn, minimum 35% musi być zajęte przez kobiety. Reszta do podziału podle uznania szefostwa.
- Zasada nie obowiązuje na listach do senatu i gmin poniżej 20tys. mieszkańców
- Po wycofaniu się kandydata z listy już po rejestracji nie straci ona ważności, nawet jeśli nie będzie spełniała wymogu
- Ustawa nie precyzuje na których miejscach mają być kobiety czy mężczyźni (poprawka, by wśród pierwszych trzech miejsc była choć 1 kobieta, a w pierwszej piątce przynajmniej 2 została odrzucona)
Choć jest to krok w dobrym kierunku, to pewnie osoby, które o parytety najbardziej walczyły, nie będą zadowolone. Przyjęta ustawa pozwala dalej żyć w magicznej fikcji, bo skoro nie ma sprecyzowanych miejsc, na których mają znaleźć się Panie, to podejrzewam, że gro z nich będzie zamykało stawkę, a nie ją otwierało.
Pewnie tą samą filozofią będą kierowali się włodarze list, przyznając pozostałe 30% miejsc.
Abstrahując jednak od samej ustawy - fascynuje mnie, że ludzie walczący z dyskryminacją jako główne rozwiązanie proponują... również dyskryminację. Tyle że w drugą stronę. Punkty preferencyjne ze względu na płeć, rasę, pochodzenie czy pokrewieństwo przy egzaminach do szkół, parytety...
Czy dyskryminowanie większości (może inaczej - osób do tej pory dyskryminujących), to dobre rozwiązanie na bolączki nierówności w społeczeństwach?
Wracając jednak do parytetów - przecież to wyborcy głosują i głosem swym wybierają posła/radnego. Zatem jeśli wyborcy chcieliby posłanek i radczyń, to by je sobie wybrali.
Niby racja, odpowiadają osoby proparytetowe, ale wyborcy na co dzień widzą w polityce tylko mężczyzn (którzy są tam przez patriarchalne zacofanie polskiego społeczeństwa) i przez ten obraz zapamiętują sobie fałszywe twierdzenie, że tylko mężczyźni się do polityki nadają i przez to kobiety nie mają szans! Zatem trzeba zagwarantować ustawowo (sic!) obecność kobiet w polityce! Nie ważne czy kto mądry, głupi, oszust czy kaznodzieja - ważne co ma między nogami!
Taka to jest kontrargumentacja na najcięższy gatunkowo zarzut względem parytetów. I tylko dziwi mnie czemu nikt nie zaproponował takiego rozwiązania:
Parytet fifty-fifty... na JEDNĄ (słownie: jedną!) kadencję. Wtedy wyborcy będą mogli się przekonać czy więcej warte są osobniki XY, czy może jednak XX i po czterech latach zadecydować, czy faktycznie chcą więcej kobiet w polityce. Jeśli jedna kadencja to za mało dla najbardziej zawziętych obrońców równości można by ten okres wydłużyć do dwóch, maksymalnie trzech.
Nic to. Przeszła ustawa jaka przeszła. Już w przyszłą jesienią przekonamy się co jest warta.
P.S. Polecam artykuł koleżanki związany z tematem->o tutej.
środa, 1 grudnia 2010
Refleksja: sfera prywatna = sfera zawodowa ?
W poprzednim numerze Wprost pojawił się artykuł o cyberekshibicjoniźmie - zjawisku, któremu, jeśli wierzyć statystykom, Polacy ulegają wyjątkowo często. Nie chodzi tu tylko o gołe fotki amatorów rozsyłane obcym, ale raczej o profile w portalach społecznościowych, dzielenie się prywatną sferą swojego życia z osobami nieznajomymi oraz - co jest głównym "zagrożeniem" - znajomymi z pracy.
Coraz częściej słyszymy o utracie pracy z powodu niefortunnego komentarza na forum czy facebooku. Czasem rzecz dotyczy urzędnika administracji, osoby publicznej, kiedy indziej prywatnej osoby, która np. skrytykowała swojego pracodawcę w sieci.
Problem wykracza jednak poza standardowe zbluzganie szefa. Firmy zaczynają już tworzyć kodeksy zachowywania się w internecie, które zawierają takie pozycje jak: żadnych zdjęć z imprez (niekoniecznie firmowych), żadnych fotek po pijaku, żadnych wulgaryzmów. Grzecznie, miło i bez kontrowersji.
Dało mi to do myślenia. Przez ostatnie ...dziesiąt lat zmieniał się stosunek człowieka do pracy i vice versa. Życie prywatne było życiem prywatnym. Praca trwała regularne 8 godzin. Ni mniej, ni więcej. Z czasem życie zawodowe zaczęło stawać się coraz bardziej absorbujące. Nielimitowany czas pracy sprawił, że teoretycznie nie musisz siedzieć w biurze 8 godzin jeśli nie masz nic do roboty, ale w praktyce w większości przypadków będziesz tak przeładowany ilością zobowiązań, że musisz zostawać dłużej - za co nikt ci nie płaci ekstra. Duże firmy zauważyły (dzięki badaniom HR), że przerzucanie więzi emocjonalnych ze sfery prywatnej na zawodową, tworzenie z pracowników zgranej grupki przyjaciół, identyfikowanie z firmą niczym z rodziną - daje wymierne korzyści w postaci podniesienia efektywności, a co za tym idzie zysków.
Szary pracownik ma coraz mniej czasu na spotykanie się ze znajomymi spoza miejsca pracy. Chwile, które może przeznaczyć na utrzymanie kontaktu z przyjacielem, woli poświęcić najbliższej rodzinie.
I tu z pomocą przyszła technologia - wpierw telefony, potem internet, wreszcie WEB 2.0 i portale społecznościowe. Jak bardzo te zdobycze ułatwiły podtrzymywanie kontaktu nawet z bardzo dalekimi znajomymi łatwo zaobserwować po ilości składanych na facebooku życzeń urodzinowych. Osobiście nigdy nie dostawałem tylu życzeń bez organizowania hucznej imprezy.
Ale i w tę strefę wkraczają pracodawcy. Reprezentujesz firmę także po godzinach pracy, więc uważaj co pokazujesz w sieci. Kontrola rozszerza się.
Spędzasz 1/3 doby w pracy, może nawet i więcej. 2 godziny dolicz na dojazdy. 8 godzin na funkcję życiowe. Zostaje ci 6 godzin na życie prywatne - zrobienie zakupów, prania, posprzątanie mieszkania, odebranie dzieci ze szkoły, przytulenie współmałżonka, wspólną kolację.
1/3 doby spędzasz w pracy. Wiele firm zabroni ci mówić o tym co w tej pracy robisz - w imię dobra firmy. Z kim zatem będziesz mógł się podzielić informacjami z jednej trzeciej swojego życia? Tylko z kolegą z pracy.
Osobiście wali mnie czy mój doradca finansowy po pracy upija się do nieprzytomności. Tak długo jak dobrze mi doradza, może dla mnie robić co chce w swoim prywatnym życiu.
Firma PRowa wydaje kodeks dla swoich pracowników - jakie zdjęcia umieszczać, a jakich nie na profilach społecznościowych. W końcu to firma PRowa - reprezentujesz klienta zawsze i wszędzie. A czemu nie posunąć się dalej i nie pomontować w przepustkach do firmy nadajników radiowych? Wtedy będzie można kontrolować gdzie pracownik przebywa! Chyba firma PRowa nie chce, aby ich pracownik był widziany przez potencjalnych klientów w towarzystwie roznegliżowanych panienek w Sofii? Sprawę mogłyby załatwić też telefony służbowe.
A co jeśli ów hipotetyczny pracownik firmy PRowskiej jest homoseksulistą? Albo jeszcze lepiej - jego hobby to występowanie jako drag queen w najbardziej znanym klubie gejowskim stolicy? Czy wtedy firma też się go pozbędzie, bo "jego prywatny wizerunek może być nieakceptowalny przez część klienteli"?
Bardzo mnie zasmuciła niedawno emitowana reklama Mercedesa z Michałem Żebrowskim. Aktor dobrze znanym głosem amanta deklarował: "Kim jesteś? Przede wszystkim swoją pracą." I choć już za chwilę pojawia się rodzina wraz z zapewnieniem, że to ona jest najważniejsza - to jednak przede wszystkim jesteś swoją pracą.
Jestem? Jesteś? Musisz być?
Coraz częściej słyszymy o utracie pracy z powodu niefortunnego komentarza na forum czy facebooku. Czasem rzecz dotyczy urzędnika administracji, osoby publicznej, kiedy indziej prywatnej osoby, która np. skrytykowała swojego pracodawcę w sieci.
Problem wykracza jednak poza standardowe zbluzganie szefa. Firmy zaczynają już tworzyć kodeksy zachowywania się w internecie, które zawierają takie pozycje jak: żadnych zdjęć z imprez (niekoniecznie firmowych), żadnych fotek po pijaku, żadnych wulgaryzmów. Grzecznie, miło i bez kontrowersji.
Dało mi to do myślenia. Przez ostatnie ...dziesiąt lat zmieniał się stosunek człowieka do pracy i vice versa. Życie prywatne było życiem prywatnym. Praca trwała regularne 8 godzin. Ni mniej, ni więcej. Z czasem życie zawodowe zaczęło stawać się coraz bardziej absorbujące. Nielimitowany czas pracy sprawił, że teoretycznie nie musisz siedzieć w biurze 8 godzin jeśli nie masz nic do roboty, ale w praktyce w większości przypadków będziesz tak przeładowany ilością zobowiązań, że musisz zostawać dłużej - za co nikt ci nie płaci ekstra. Duże firmy zauważyły (dzięki badaniom HR), że przerzucanie więzi emocjonalnych ze sfery prywatnej na zawodową, tworzenie z pracowników zgranej grupki przyjaciół, identyfikowanie z firmą niczym z rodziną - daje wymierne korzyści w postaci podniesienia efektywności, a co za tym idzie zysków.
Szary pracownik ma coraz mniej czasu na spotykanie się ze znajomymi spoza miejsca pracy. Chwile, które może przeznaczyć na utrzymanie kontaktu z przyjacielem, woli poświęcić najbliższej rodzinie.
I tu z pomocą przyszła technologia - wpierw telefony, potem internet, wreszcie WEB 2.0 i portale społecznościowe. Jak bardzo te zdobycze ułatwiły podtrzymywanie kontaktu nawet z bardzo dalekimi znajomymi łatwo zaobserwować po ilości składanych na facebooku życzeń urodzinowych. Osobiście nigdy nie dostawałem tylu życzeń bez organizowania hucznej imprezy.
Ale i w tę strefę wkraczają pracodawcy. Reprezentujesz firmę także po godzinach pracy, więc uważaj co pokazujesz w sieci. Kontrola rozszerza się.
Spędzasz 1/3 doby w pracy, może nawet i więcej. 2 godziny dolicz na dojazdy. 8 godzin na funkcję życiowe. Zostaje ci 6 godzin na życie prywatne - zrobienie zakupów, prania, posprzątanie mieszkania, odebranie dzieci ze szkoły, przytulenie współmałżonka, wspólną kolację.
1/3 doby spędzasz w pracy. Wiele firm zabroni ci mówić o tym co w tej pracy robisz - w imię dobra firmy. Z kim zatem będziesz mógł się podzielić informacjami z jednej trzeciej swojego życia? Tylko z kolegą z pracy.
Osobiście wali mnie czy mój doradca finansowy po pracy upija się do nieprzytomności. Tak długo jak dobrze mi doradza, może dla mnie robić co chce w swoim prywatnym życiu.
Firma PRowa wydaje kodeks dla swoich pracowników - jakie zdjęcia umieszczać, a jakich nie na profilach społecznościowych. W końcu to firma PRowa - reprezentujesz klienta zawsze i wszędzie. A czemu nie posunąć się dalej i nie pomontować w przepustkach do firmy nadajników radiowych? Wtedy będzie można kontrolować gdzie pracownik przebywa! Chyba firma PRowa nie chce, aby ich pracownik był widziany przez potencjalnych klientów w towarzystwie roznegliżowanych panienek w Sofii? Sprawę mogłyby załatwić też telefony służbowe.
A co jeśli ów hipotetyczny pracownik firmy PRowskiej jest homoseksulistą? Albo jeszcze lepiej - jego hobby to występowanie jako drag queen w najbardziej znanym klubie gejowskim stolicy? Czy wtedy firma też się go pozbędzie, bo "jego prywatny wizerunek może być nieakceptowalny przez część klienteli"?
Bardzo mnie zasmuciła niedawno emitowana reklama Mercedesa z Michałem Żebrowskim. Aktor dobrze znanym głosem amanta deklarował: "Kim jesteś? Przede wszystkim swoją pracą." I choć już za chwilę pojawia się rodzina wraz z zapewnieniem, że to ona jest najważniejsza - to jednak przede wszystkim jesteś swoją pracą.
Jestem? Jesteś? Musisz być?
poniedziałek, 22 listopada 2010
47.10.1 Wybory samorządowe
Witam wszystkie Szanowne i wszystkich Szanownych!
Wczoraj wybraliśmy sobie samorządy. Bardzo dużo mówiło się o tym, jak ważne są te wybory. Są najbliższe zwykłym, szarym obywatelom. Były świetne kampanie społeczne (2 tygodnie na wybór plecaka - a ile poświęcisz radnemu?) Radni mają być pierwszym kontaktem obywatela z władzą. Zresztą - po co strzępić pióro - wiadomo czemu są bardzo ważne.
Połowa Polaków nie poszła do tych wyborów.
Profesor Krzemiński zachodził w wieczorze wyborczym w łeb - czemu? Inni komentatorzy jak zwykle obwiniają Polaków o lenistwo, niechęć do ruszenia się, zadania sobie trudu itd.
Z tego co wiem, to frekwencja na poziomie 40-50% jest średnią europejską, więc znowuż tak źle nie wypadamy.
Dziwi mnie tylko czemu żaden z komentatorów nie wskazał na to, jak wiele trzeba byłoby sobie tego trudu zadać, aby dokonać wyboru w 100% zgodzie z własnym sumieniem. Przesiedziałem wczoraj nad kartami z 10 minut zupełnie nie mając pojęcia na kogo głosować. Pustka w głowie. Wyjątkiem był wybór prezydenta. Wybór do rady dzielnicy - zdawałoby się, że najistotniejszy, bo to właśnie ci ludzie najbliżej mnie, to była jakaś kpina, ale o tym za moment.
Jestem rozgoryczony. I wściekły. Zatem...
...popatrzmy jak to wyglądało w Warszawie, konkretnie na Bielanach:
0) Załóżmy, że szary ludź poświęci cały miesiąc na zbieranie informacji o kandydatach, oczywiście w ramach czasu wolnego. 3 godziny w tygodniu, 8 godzin w weekendy - da to nam 60+64=124 godziny
1) Na prezydenta kandydatów było 11.
To liczba w zupełności do ogarnięcia. Choć oczywiście trudno mi powiedzieć cokolwiek o programach takich osób jak pan Szeremietiew czy Stachoń, a kandydatkę Munio znam jedynie z jej pięknego uśmiechu, którym raczyła mnie z plakatów - jednak zakładam, że te osoby w miarę łatwo można było wygooglać. Dajmy, że 2 godziny wystarczą na poznanie tej 11tki.
2) Wybory do rady miasta
117 kandydatów. Z 13 list. Tych 117 kandydatów bije się o.... 7 miejsc.
3) Wybory do sejmiku
114 kandydatów. Z 14 list. Tych 114 kandydatów bije się o.... 6 miejsc.
4) Wybory do rady dzielnicy
W moim okręgu - 29 kandydatów. Z 3 list. Tych 29 kandydatów bije się o.... 5 miejsc.
No i pięknie.
Czy ktokolwiek byłby gotów poświęcić cały swój czas wolny, żeby sprawdzać kandydatów? Czy te 124 godziny w miesiącu wystarczą, żeby poznać programy i sylwetki 271 kandydatów? Kto z was spotkał się choć z jednym z nich? Kto słyszał o tym, że będzie z kandydatem spotkanie? Ile ulotek dostaliście (ja np. tylko 4 z czego wszystkie od PiSu). Z drugiej strony - nie wkurza was, że do wyboru do rady dzielnicy mieliście jedynie PiS, PO i SLD, jak to było w moim przypadku? A wreszcie - nie wkurza was to, że głosujecie tam, gdzie jesteście zameldowani, a nie tam gdzie mieszkacie*?
Częstym argumentem w wyborach jest to, że są one sposobem na pokazanie samorządowcom czerwonej kartki jeśli się nie sprawdzili. W takim razie kolejne pytanie - ilu z was zna choć pięciu aktualnych radnych swojej dzielnicy?
W sobotę przy urodzinowym obiedzie moja szacowna rodzicielka powiedziała mi, kto jest aktualnym burmistrzem Bielan, że nie rządzi on dobrze. Pomyślałem - o, to będzie choć jeden powód, żeby zagłosować... tylko że w wyborach tych burmistrza nie wybierano. Nie wiem jak się wybiera burmistrza dzielnicy, widać nie w wyborach powszechnych. Trudno.
Jak już pisałem, po powrocie z lokalu byłem straszliwie rozgoryczony. Poza swoim wuefistą z podstawówki nie znałem na listach nikogo. Do rady dzielnicy musiałem wybierać między 3 partiami, które mi się nie podobają. Miałem wielką chęć w wolnym polu dopisać KWW CTHULHU i postawić krzyżyk przy Shub-Niggurath, czarnej kozie z lasu z tysiącem młodych (bo wspiera tradycyjne wartości wielodzietnej rodziny) albo napisać: żaden z kandydatów mi się nie podoba. Jednak po raz kolejny odezwał się we mnie głos sumienia, że nie można tak marnować głosu, robić sobie żartów z poważnej sprawy itd. itp. W końcu skreśliłem kogokolwiek.
Większość z was pewnie wzruszy ramionami: no i czym się podniecać? Będzie co będzie, byle do przodu.
No to pragnę jeszcze dodać, że na diety dla tych około 50 000 samorządowców, których wybieraliśmy (lub nie wybieraliśmy) pójdzie co roku ok. 1,5 mld złotych. Swoją drogą, pewnie wybory też nie mało kosztowały. Teraz przed nami wszelkiego rodzaju drugie tury, które też będą swoje kosztować. Ciekaw jestem, czy choć jeden przypadek się trafi, że wygra kandydat, który w pierwszej turze miał mniej głosów.
W zasadzie tyla. Najważniejsze wybory za nami. Teraz tylko kolejne 4 lata świetlanej przyszłości.
* Tutaj ktoś może powiedzieć, że w takim razie powinienem się przemeldować i nie marudzić. Problem w tym, że niekoniecznie mam ochotę bulić forsę i tracić czas na wymianę wszystkich dokumentów tylko po to, żeby zmienić na nich jedną linijkę tekstu. A do tego - kto mi zagwarantuje, że za rok będę mieszkał w tym samym miejscu i nie będę musiał po raz kolejny zmieniać dokumentów?
Wczoraj wybraliśmy sobie samorządy. Bardzo dużo mówiło się o tym, jak ważne są te wybory. Są najbliższe zwykłym, szarym obywatelom. Były świetne kampanie społeczne (2 tygodnie na wybór plecaka - a ile poświęcisz radnemu?) Radni mają być pierwszym kontaktem obywatela z władzą. Zresztą - po co strzępić pióro - wiadomo czemu są bardzo ważne.
Połowa Polaków nie poszła do tych wyborów.
Profesor Krzemiński zachodził w wieczorze wyborczym w łeb - czemu? Inni komentatorzy jak zwykle obwiniają Polaków o lenistwo, niechęć do ruszenia się, zadania sobie trudu itd.
Z tego co wiem, to frekwencja na poziomie 40-50% jest średnią europejską, więc znowuż tak źle nie wypadamy.
Dziwi mnie tylko czemu żaden z komentatorów nie wskazał na to, jak wiele trzeba byłoby sobie tego trudu zadać, aby dokonać wyboru w 100% zgodzie z własnym sumieniem. Przesiedziałem wczoraj nad kartami z 10 minut zupełnie nie mając pojęcia na kogo głosować. Pustka w głowie. Wyjątkiem był wybór prezydenta. Wybór do rady dzielnicy - zdawałoby się, że najistotniejszy, bo to właśnie ci ludzie najbliżej mnie, to była jakaś kpina, ale o tym za moment.
Jestem rozgoryczony. I wściekły. Zatem...
...popatrzmy jak to wyglądało w Warszawie, konkretnie na Bielanach:
0) Załóżmy, że szary ludź poświęci cały miesiąc na zbieranie informacji o kandydatach, oczywiście w ramach czasu wolnego. 3 godziny w tygodniu, 8 godzin w weekendy - da to nam 60+64=124 godziny
1) Na prezydenta kandydatów było 11.
To liczba w zupełności do ogarnięcia. Choć oczywiście trudno mi powiedzieć cokolwiek o programach takich osób jak pan Szeremietiew czy Stachoń, a kandydatkę Munio znam jedynie z jej pięknego uśmiechu, którym raczyła mnie z plakatów - jednak zakładam, że te osoby w miarę łatwo można było wygooglać. Dajmy, że 2 godziny wystarczą na poznanie tej 11tki.
2) Wybory do rady miasta
117 kandydatów. Z 13 list. Tych 117 kandydatów bije się o.... 7 miejsc.
3) Wybory do sejmiku
114 kandydatów. Z 14 list. Tych 114 kandydatów bije się o.... 6 miejsc.
4) Wybory do rady dzielnicy
W moim okręgu - 29 kandydatów. Z 3 list. Tych 29 kandydatów bije się o.... 5 miejsc.
No i pięknie.
Czy ktokolwiek byłby gotów poświęcić cały swój czas wolny, żeby sprawdzać kandydatów? Czy te 124 godziny w miesiącu wystarczą, żeby poznać programy i sylwetki 271 kandydatów? Kto z was spotkał się choć z jednym z nich? Kto słyszał o tym, że będzie z kandydatem spotkanie? Ile ulotek dostaliście (ja np. tylko 4 z czego wszystkie od PiSu). Z drugiej strony - nie wkurza was, że do wyboru do rady dzielnicy mieliście jedynie PiS, PO i SLD, jak to było w moim przypadku? A wreszcie - nie wkurza was to, że głosujecie tam, gdzie jesteście zameldowani, a nie tam gdzie mieszkacie*?
Częstym argumentem w wyborach jest to, że są one sposobem na pokazanie samorządowcom czerwonej kartki jeśli się nie sprawdzili. W takim razie kolejne pytanie - ilu z was zna choć pięciu aktualnych radnych swojej dzielnicy?
W sobotę przy urodzinowym obiedzie moja szacowna rodzicielka powiedziała mi, kto jest aktualnym burmistrzem Bielan, że nie rządzi on dobrze. Pomyślałem - o, to będzie choć jeden powód, żeby zagłosować... tylko że w wyborach tych burmistrza nie wybierano. Nie wiem jak się wybiera burmistrza dzielnicy, widać nie w wyborach powszechnych. Trudno.
Jak już pisałem, po powrocie z lokalu byłem straszliwie rozgoryczony. Poza swoim wuefistą z podstawówki nie znałem na listach nikogo. Do rady dzielnicy musiałem wybierać między 3 partiami, które mi się nie podobają. Miałem wielką chęć w wolnym polu dopisać KWW CTHULHU i postawić krzyżyk przy Shub-Niggurath, czarnej kozie z lasu z tysiącem młodych (bo wspiera tradycyjne wartości wielodzietnej rodziny) albo napisać: żaden z kandydatów mi się nie podoba. Jednak po raz kolejny odezwał się we mnie głos sumienia, że nie można tak marnować głosu, robić sobie żartów z poważnej sprawy itd. itp. W końcu skreśliłem kogokolwiek.
Większość z was pewnie wzruszy ramionami: no i czym się podniecać? Będzie co będzie, byle do przodu.
No to pragnę jeszcze dodać, że na diety dla tych około 50 000 samorządowców, których wybieraliśmy (lub nie wybieraliśmy) pójdzie co roku ok. 1,5 mld złotych. Swoją drogą, pewnie wybory też nie mało kosztowały. Teraz przed nami wszelkiego rodzaju drugie tury, które też będą swoje kosztować. Ciekaw jestem, czy choć jeden przypadek się trafi, że wygra kandydat, który w pierwszej turze miał mniej głosów.
W zasadzie tyla. Najważniejsze wybory za nami. Teraz tylko kolejne 4 lata świetlanej przyszłości.
* Tutaj ktoś może powiedzieć, że w takim razie powinienem się przemeldować i nie marudzić. Problem w tym, że niekoniecznie mam ochotę bulić forsę i tracić czas na wymianę wszystkich dokumentów tylko po to, żeby zmienić na nich jedną linijkę tekstu. A do tego - kto mi zagwarantuje, że za rok będę mieszkał w tym samym miejscu i nie będę musiał po raz kolejny zmieniać dokumentów?
sobota, 6 listopada 2010
44.10.1 Problemy PiS
Już myślałem, że tydzień minie w miarę spokojnie, aż tu wczoraj gruchnęła wieść - Joanna Kluzik-Rostkowska wywalona z PiSu! Po godzinie kolejny news - razem z nią poleciała Elżbieta Jakubiak. Dzisiaj wszystkie media już rozchwytują obie Panie (głównie TVN24), pastwiąc się tym samym nad Prezesem o Sercu z Kamienia. Spektakl trwa!
Nie zamierzam specjalnie bronić Prezesa (nowy Prezio?), konsekwencje tej decyzji odczuje on już przy najbliższym sondażu poparcia, niemniej ciekawi mnie jak media komentowałyby hipotetyczną sytuację po drugiej stronie boiska - w liberalnej, szerokiej, tolerancyjnej PO.
Przypomnijmy - poseł Kluzik-Rostkowska udzieliła w ciągu ostatniego miesiąca sporej ilości - z punktu widzenia Prezesa - niedopuszczalnych wywiadów, z czego dwa poszły we Wprost (układ ostatnich trzech numerów wyglądał następująco: wywiad z Kluzik, wywiad z Kurskim i w tym tygodniu znów wywiad z Kluzik), jeden w Newsweeku, jeszcze jeden (z 3.11) w GW. W każdym z wywiadów piętnowała nowy kurs partii, tłumaczyła czym on jest spowodowany i kto za tym stoi (Z.Z. - wiadomo). Jednocześnie promowała siebie - pokazywała, że nie da się zamieść pod dywan, nie będzie szarą myszką (w przeciwieństwie do koleżanki Jakubiak, która po zawieszeniu w prawach członka już przestała głośno nadawać na Prezesa), a także jak pracuje dla PiSu przy okazji zbliżających się wyborów samorządowych.
Czy kogoś dziwi zatem wywalenie posłanki Kluzik? Biorąc pod uwagę profil partii, jej strategię działania (siła w jedności, jedność w prezesie)-nie powinno to być dla nikogo zaskoczeniem. Kluzik-Rostkowska faktycznie wykazała się brakiem lojalności wobec Prezesa (zwracam uwagę - prezesa, nie partii!), za co została ukarana. Poseł Jakubiak poleciała chyba tylko na dokładkę. Nie jest istotne w tej pokrętnej partyjnej logice, czy działa się dla dobra partii - ma się być lojalnym. Jak w wojsku.
A jak było w PO? Przypominam historię posła Halickiego, który przed Kongresem PO udzielił Newsweekowi wywiadu, w którym ostro skrytykował działania Premiera. I co? Nagle nad jego głową pojawiła się pałka (premier wspinając się na szczyty dyplomatycznej erudycji złożył posłowi propozycję nie do odrzucenia) i już po Kongresie z ust Halickiego popłynął pean, ogłaszający premiera "nowym Mojżeszem, który prowadzi Polskę przez morze kryzysu".
Pięknie.
Na marginesie - słuchałem dziś rano wywiadu z posłanką Kluzik-Rostkowską. Dziennikarka zadała pytanie, czy dziś Kluzik powiedziałaby, że Jarosław Kaczyński to pełen ciepła człowiek o dużym poczuciu humoru. Kluzik po chwili namysłu odpowiedziała, że dalej uważa prezesa za ciepłego człowieka, nad którym jednak zaciążył ogrom tragedii jakiej stał się udziałem, a także że jest on konsekwentny w swoim działaniu.
To zdanie skłoniło mnie do refleksji. Jaki jest naprawdę Prezes? Czy ktoś go naprawdę zna? Popatrzmy na tego człowieka jako na człowieka, a nie polityka. Odseparujmy go od pełnionej funkcji, od władzy jaką posiada.
Myślę, że Jarosław Kaczyński jest w tej chwili najbardziej samotnym człowiekiem w całej Polsce.
Całkowicie niezrozumiały, pogrąża się swoimi radykalnymi wypowiedziami i działaniami, które następnie muszą być interpretowane przez jego popleczników, tak by czyniły najmniej szkód. To samotny mściciel na swej ostatniej misji - oddania sprawiedliwości zmarłemu bratu. Zdradzany przez najbliższych współpracowników węszy podstęp w każdym ich działaniu i nie ma już z kim podzielić się olbrzymim ciężarem walki. Dlatego nawet ci, którzy deklarują swą lojalność nie mogą być pewni swojego losu. Nie można być bardziej Prezesem, niż sam Prezes.
Na koniec trzy dygresje:
Właśnie wywiadu z posłanką Jakubiak wysłuchałem - fascynujące, że potraktowana jak ostatnia szmata kobieta cały czas utrzymuje, że nigdy nie krytykowała, że się spierała, a prezes to w ogóle jest spoko.
Przy biurku moim stoi ramka, prezent od kolegi na mikołajki. W ramce jest pasek - wycinek z plakatu wyborczego Lecha Kaczyńskiego z roku 2005ego. Ś.P. Prezydent spogląda na mnie uśmiechając się ciepło - a obok niego napis - nie DZIADuj. Oczywiście to nawiązanie do jakichś tekstów z mojego środowiska, jednak może Prezesowi również by się taka ramka przydała?
Ciekawe kiedy pojawi się domysł, że wywalenie Pań, to przejaw sprytu i politycznej mądrości Jarosława Kaczyńskiego, który liczy na to, że JK-R założy partię bardziej centrową, która wyrwie 30% poparcia PO i wtedy PiS będzie miał z kim zawiązać koalicję. Bardzo ciekawe.
Nie zamierzam specjalnie bronić Prezesa (nowy Prezio?), konsekwencje tej decyzji odczuje on już przy najbliższym sondażu poparcia, niemniej ciekawi mnie jak media komentowałyby hipotetyczną sytuację po drugiej stronie boiska - w liberalnej, szerokiej, tolerancyjnej PO.
Przypomnijmy - poseł Kluzik-Rostkowska udzieliła w ciągu ostatniego miesiąca sporej ilości - z punktu widzenia Prezesa - niedopuszczalnych wywiadów, z czego dwa poszły we Wprost (układ ostatnich trzech numerów wyglądał następująco: wywiad z Kluzik, wywiad z Kurskim i w tym tygodniu znów wywiad z Kluzik), jeden w Newsweeku, jeszcze jeden (z 3.11) w GW. W każdym z wywiadów piętnowała nowy kurs partii, tłumaczyła czym on jest spowodowany i kto za tym stoi (Z.Z. - wiadomo). Jednocześnie promowała siebie - pokazywała, że nie da się zamieść pod dywan, nie będzie szarą myszką (w przeciwieństwie do koleżanki Jakubiak, która po zawieszeniu w prawach członka już przestała głośno nadawać na Prezesa), a także jak pracuje dla PiSu przy okazji zbliżających się wyborów samorządowych.
Czy kogoś dziwi zatem wywalenie posłanki Kluzik? Biorąc pod uwagę profil partii, jej strategię działania (siła w jedności, jedność w prezesie)-nie powinno to być dla nikogo zaskoczeniem. Kluzik-Rostkowska faktycznie wykazała się brakiem lojalności wobec Prezesa (zwracam uwagę - prezesa, nie partii!), za co została ukarana. Poseł Jakubiak poleciała chyba tylko na dokładkę. Nie jest istotne w tej pokrętnej partyjnej logice, czy działa się dla dobra partii - ma się być lojalnym. Jak w wojsku.
A jak było w PO? Przypominam historię posła Halickiego, który przed Kongresem PO udzielił Newsweekowi wywiadu, w którym ostro skrytykował działania Premiera. I co? Nagle nad jego głową pojawiła się pałka (premier wspinając się na szczyty dyplomatycznej erudycji złożył posłowi propozycję nie do odrzucenia) i już po Kongresie z ust Halickiego popłynął pean, ogłaszający premiera "nowym Mojżeszem, który prowadzi Polskę przez morze kryzysu".
Pięknie.
Na marginesie - słuchałem dziś rano wywiadu z posłanką Kluzik-Rostkowską. Dziennikarka zadała pytanie, czy dziś Kluzik powiedziałaby, że Jarosław Kaczyński to pełen ciepła człowiek o dużym poczuciu humoru. Kluzik po chwili namysłu odpowiedziała, że dalej uważa prezesa za ciepłego człowieka, nad którym jednak zaciążył ogrom tragedii jakiej stał się udziałem, a także że jest on konsekwentny w swoim działaniu.
To zdanie skłoniło mnie do refleksji. Jaki jest naprawdę Prezes? Czy ktoś go naprawdę zna? Popatrzmy na tego człowieka jako na człowieka, a nie polityka. Odseparujmy go od pełnionej funkcji, od władzy jaką posiada.
Myślę, że Jarosław Kaczyński jest w tej chwili najbardziej samotnym człowiekiem w całej Polsce.
Całkowicie niezrozumiały, pogrąża się swoimi radykalnymi wypowiedziami i działaniami, które następnie muszą być interpretowane przez jego popleczników, tak by czyniły najmniej szkód. To samotny mściciel na swej ostatniej misji - oddania sprawiedliwości zmarłemu bratu. Zdradzany przez najbliższych współpracowników węszy podstęp w każdym ich działaniu i nie ma już z kim podzielić się olbrzymim ciężarem walki. Dlatego nawet ci, którzy deklarują swą lojalność nie mogą być pewni swojego losu. Nie można być bardziej Prezesem, niż sam Prezes.
Na koniec trzy dygresje:
Właśnie wywiadu z posłanką Jakubiak wysłuchałem - fascynujące, że potraktowana jak ostatnia szmata kobieta cały czas utrzymuje, że nigdy nie krytykowała, że się spierała, a prezes to w ogóle jest spoko.
Przy biurku moim stoi ramka, prezent od kolegi na mikołajki. W ramce jest pasek - wycinek z plakatu wyborczego Lecha Kaczyńskiego z roku 2005ego. Ś.P. Prezydent spogląda na mnie uśmiechając się ciepło - a obok niego napis - nie DZIADuj. Oczywiście to nawiązanie do jakichś tekstów z mojego środowiska, jednak może Prezesowi również by się taka ramka przydała?
Ciekawe kiedy pojawi się domysł, że wywalenie Pań, to przejaw sprytu i politycznej mądrości Jarosława Kaczyńskiego, który liczy na to, że JK-R założy partię bardziej centrową, która wyrwie 30% poparcia PO i wtedy PiS będzie miał z kim zawiązać koalicję. Bardzo ciekawe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)